Warning: file_get_contents(http://hydra17.nazwa.pl/linker/paczki/pod-powstawac.opole.pl.txt): failed to open stream: HTTP request failed! HTTP/1.1 404 Not Found in /home/server279788/ftp/paka.php on line 5
najprawdopodobniej zajęte i raczej nie będzie mieć czasu na wizyty u

minęło, od kiedy ostatnio tak się czuła. Zbyt wiele. Wciąż nie mogła

an43
swój plasterek antykoncepcyjny. Zamarła: dłoń przejechała po gołej
w sobie jego eksplozję.
Serce jej załomotało. - Nie... nie mogę. - Dlaczego? Objęła się ramionami. Mimo upału trzęsła się z zimna, jakby był listopad. - Nie należał do mojego męża. - Jest pani pewna? Nie odezwała się, bo nie miała pewności. - O ile wiem, nigdy nie miał niczego takiego. Prawdopodobnie należał do... tego drugiego mężczyzny. Tego, który go trzymał. - Czy domyśla się pani, kto to jest? - spytał Wilson. - Sama chciałabym wiedzieć - odpowiedziała skwapliwie. Nie pozwoliła myślom przenieść się w inny czas i miejsce, ku innej miłości i błyszczącemu łańcuszkowi z medalikiem świętego Krzysztofa. - Bóg mi świadkiem, że chciałabym wiedzieć. Przeszli korytarz i wsiedli do windy. Zjechali na oddział intensywnej terapii. T. Johnowi nie udało się przekonać dyżurującej pielęgniarki i lekarza dyżurnego, żeby pozwolili im zobaczyć drugą ofiarę pożaru. Wyszli ze szpitala. W palącym popołudniowym słońcu, Wilson pokazał jej fotografię zwęglonego mężczyzny. Zobaczyła twarz w pęcherzach i spalone włosy. Zamknęła oczy, bo zebrało jej się na wymioty. - Już panu mówiłam. Nie znam go. A nawet gdybym znała, nie sądzę, to znaczy nie przypuszczam... - W porządku. - Głos Wilsona był współczujący, jakby jednak był zdolny do ludzkich uczuć. - Mówiłem, że to niemiły widok. - Ujął ją pod ramię i zaprowadził na parking, do służbowego samochodu. Spojrzał przez ramię w stronę skrzydła szpitala, gdzie mieścił się oddział intensywnej terapii. Pokiwał głową. - Biedny facet. Kto to, do diabła, jest? Część pierwsza 1977 1 Więc tak żyją bogacze. Brig McKenzie rzucił dżinsową kurtkę na siedzenie wysłużonego harleya davidsona. Mrużąc oczy w ostrym słońcu, spojrzał na wypielęgnowany trawnik, który tarasami pokrywał zbocze górskie, aż do olbrzymiego domu na szczycie. Każdy pas przystrzyżonej trawy okolony był kamieniami. Ciężkie od kwiatów krzewy róż zalewały ziemię kolorami i nasycały powietrze zapachem. Zielonego dywanu Buchananów nie szpecił żaden chwast, oset ani koniczyna. Posiadłości Buchanana nie dało się porównać z domem Briga - jednoizbowym barakiem, w którym mieszkał z matką i bratem. Za stopień służyła im ustawiona na cegłach skrzynka po pomarańczach, a żwirowy podjazd porastały wysuszone zielska i trawa. Kołyszący się przy oknie frontowym metalowy szyld, na którym czas odcisnął swoje piętno, zapraszał na wróżenie z dłoni i konsultacje psychologiczne u Sunny. Jego matki. Półkrwi Indianki Cherokee, półkrwi Cyganki. Najlepszej matki, o jakiej dziecko mogłoby marzyć. Przyglądał się domowi Buchananów i nie czuł zazdrości, która trawiła jego starszego brata Chase’a. - Na Boga, Brig, musisz to zobaczyć - mówił mu nieraz Chase. - To rezydencja. Prawdziwa rezydencja, pełna służących i kucharzy. Jest nawet szofer. Wyobrażasz sobie? W Prosperity, w stanie Oregon w Stanach Zjednoczonych, najprawdziwszy szofer. Chłopie, to jest życie. - Oparty o odrapany plastykowy stół kuchenny, wyszeptał: - Wiesz, dałbym się zabić, żeby mieć taką chałupę! Na Brigu to miejsce nie wywarło wielkiego wrażenia. Wiedział, że stary Buchanan też ma zmartwienia, z którymi musi sobie radzić. Brig wpatrywał się w masywną konstrukcję z szarego kamienia i cedrowego drewna, która była domem Reksa Buchanana. Trzy wysokie piętra, spadzisty dach, okna w kształcie łuków, ozdobne okiennice i tyle kominów, że nie można ich było zliczyć. Pomnik wystawiony królowi drewna. Buchanan był właścicielem niemal wszystkiego i wszystkich w mieście i, zdaniem matki Briga, prawie bogiem na ziemi. Ale matka Briga mówiła wiele dziwnych i tajemniczych rzeczy, które go niepokoiły. Nie wierzył w astrologiczne bzdury, choć niejedna przepowiednia Sunny McKenzie sprawdziła się. To było niesamowite i przyprawiało go o gęsią skórkę. Nie chciał myśleć o swojej pięknej matce, którą mąż porzucił wkrótce po jego narodzinach. Wolał skupić się na niezmierzonych hektarach ziemi, która należała do Buchananów. Ogromny obszar był podzielony białymi płotami na mniejsze pola, na których suchą trawę skubały konie, sądząc po wyglądzie, w większości rasowe. Ich brązowa, czarna, srebrna i kasztanowa sierść lśniła w późnopopołudniowym słońcu. Zwierzęta ogonami opędzały się od much. Niepewnie stojące na nogach źrebaki usiłowały naśladować matki i skubały wyblakłą od słońca trawę.
- Nie ma. Szlag, wiem, że tu była!
podwórko leżące przed nimi.
miliony ludzi skupionych głównie wokół miast. W tym konkretnym
poruszył się i cmoknął kilka razy przez sen. Milla postawiła koszyk i
życia już na tyle, by poczuć dziki głód. Pochłonęła hamburgera
szuflad.

żadnej z tych cech nie zauważyła w nim wczoraj.
pulchna i miała zdrową cerę, co świadczyło o tym, że choć mieszka w
krzyżami i grobowcami. Nie dało się dostrzec, czy między kościołem

sprawę. Choćby to, że zaczęła przeklinać; nigdy tego nie robiła, nawet

porządku dziennego.
prywatne nie odmawiała odpowiedzi. True nie omieszkał pytać często.
nadchodzącym orgazmem. Zdziwiła się, nie wiedząc, dlaczego to robi,

imprezę w sobotę, a potem Rip: mówił, że jego kolega anestezjolog

- To już trzy lata - ciągnęła Julia. - Nie sądzisz, że warto by już
**
prowadził niemal prosto do Justina, Milla nie mogła sobie pozwolić

- A silnik jest? Czy będziemy musieli użyć siły mięśni nóg? -

całe zaplecze kościoła. Ja też tak zrobię, tyle że z tej strony Pamiętaj:
Tak właśnie myślał, zanim sam doczekał się dziecka. Znał
w nich zmysłowe mrowienie. Objęła Diaza za szyję, drugą ręką